środa, 12 lutego 2014
wredny wtorek
Wtorki w tym semestrze są najgorsze; od 9 do ok.16 wykłady (z godzinną przerwą na obiad), potem praca do ok. 22 i wyrko. Nie wspominam o reszcie tygodnia, bo nie o narzekaniu miało być :)
Dojazdy wszędzie dość długo zajmują, bo tu wszystko jest daleko od siebie. Dobrze jednak, że są mniejsze i większe autostrady, bo bez nich ani rusz.
A poprzedni wtorek pobił wszystko. Było to tak:
jestem w dwóch różnych programach w dwóch różnych szkołach na dwóch różnych końcach miasta. Rozkład miejsc i odległości między moimi punktami docelowymi można zobaczyć poniżej.
Pomyślicie sobie, że najlepiej byłoby mieszkać gdzieś pośrodku, prawda? Tam mniej więcej kiedyś mieszkałam, ale okolica nie jest zbyt bezpieczna :/ Jest jednak światełko w tunelu, bo od sierpnia skończą się dojazdy do szkoły X (mam nadzieję), więc będziemy szukać lokum bliżej szkoły Y (ale też nie za blisko, bo ta szkoła jest w strasznej dzielnicy; strzelaniny, bójki, włamania na porządku dziennym. Dziwne jest jednak to, że właśnie w tej dzielnicy mają piękne, tanie mieszkania i domki!).
W szkole X mam zajęcia we wtorki i czwartki od 10-12. W szkole Y w same wtorki od 9-16. Po kilku rozmowach z nauczycielami zdecydowałam, że te dwugodzinne zajęcia będzie mi ktoś nagrywał na dyktafon, a ja w tym czasie będę na pełnych zajęciach w drugiej szkole. Od początku semestru wiedziałam jednak, że w 2 wtorki będę musiała przenieść się z jednej szkoły do drugiej jak najszybciej, bo w obu miałam test/kartkówkę w ten sam dzień (napisanie testu w inny dzień odpada, bo nie mam ważnego powodu uznanego przez szkołę).
W przeddzień szalonego wtorku przejechałam trasę w 50 minut, ale wg moich obliczeń to było za długo, bo:
o 9 w szkole Y kartkówka plus dojazd, a na 10 mam stawić się na teście. W dodatku o tych porach są straszliwe korki zwłaszcza w okolicach szkół, a samo dojście z garażu do budynku szkoły, to jakieś 10 minut (nigdy nie przyzwyczaję się do tych straszliwych odległości). Ale wiecie co? Udało się! Po napisaniu kartkówki wskoczyłam do auta i rozpoczęłam walkę z czasem. Od kilku dni intensywnie myślałam o moim wyczynie i wiadomo: jak trwoga to do Boga, nawet w aucie, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu na ulicach było niemal pusto (w porównaniu z tym, co zwykle dzieje się tu na drogach). Trasę pokonałam w niecałe 30 minut (bez zbytniego przekraczania prędkości) - SZOK.
Jestem w Dobrych Rękach.
Po teście w szkole X udałam się z powrotem do szkoły Y na resztę zajęć, potem pojechałam do pracy, a o 23 padłam, jak nieżywa. Ponad 140 km może nie robi wrażenia, ale zrobiłam je nie opuszczając miasta, bez mandatu, czy innych szkód. I wszędzie zdążyłam :)
Jestem w Dobrych Rękach - to fakt.
⌛
15:13
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

brr nienawidzę dojazdów więc współczuję naprawdę..
OdpowiedzUsuńJestem dobrej myśli, że te najdłuższe dojazdy niedługo się skończą.
OdpowiedzUsuńPrzerabane!!! Wspolczucie, ale graty ze sie udalo.
OdpowiedzUsuńYup :)
UsuńMarzy mi się kiedyś to, że wszystko będzie pod nosem, a jednocześnie żeby dokoła był spokój. Nie wiem, czy tak się da, ale dojazdy koniecznie trzeba ograniczyć, bo tyłek od siedzenia się płaszczy :D