Jesień w Orlando, to okres festiwali na każdą okazję: bo ładnie, bo chłodniej, bo zwierzaki, bo jedzenie, bo jestem Polakiem, bo lubię sangrię itd. Kilka tygodni temu dzielnie pomagaliśmy na festiwalu przy polskim kościele. Właściwie to jest kościół, w którym jest msza w kilku językach, ale tak go sobie nazywam, bo jest polski, baaaaardzo fajny ksiądz, który pomógł nam, tak całkiem na marginesie, spisać protokół przedślubny. Bez jego pomocy
Zaraz przy wjeździe do kościoła przez kilka tygodni można kupić dynię: do wyboru, do koloru, małe, duże, czego dusza zapragnie!
Oprócz naszej polskiej kuchni była też kuchnia filipińska (całego prosiaczka opiekali nad ogniem cały dzień!), wietnamska, amerykańska (hamburgery, frytki itd); były ciasta, wata cukrowa, niby lody, które składały się z pokruszonego lodu nasączonego kolorowym barwnikiem. Nazwy były kuszące: wiśniowy, ananasowy itd., ale myślę, że ten barwnik (na zdjęciu w dużych butlach) z owocami nic nie miał wspólnego:
Na zdjęciu poniżej, zaraz nad zielonym "ogrodzeniem" widać prosiaczka:
Nasze menu. MNIAM! Co prawda pierogi w tamtym roku były lepsze, ale darowanemu koniowi .. :)
Paweł smażący placki:
Oprócz jedzenia było także wesołe miasteczko. Takie stare, staruteńkie, gdzie na niektóre karuzele bałabym się wejść:
I tak spędziliśmy jedną z ostatnich sobót.
Muszę poprawić się w jakości zdjęć, bo ostatnio wychodzą one naprawdę tragicznie. Karty wypełnione po brzegi, zero czasu na jakąkolwiek obróbkę i macie to, co widać :)
Foty spoko, nie przejmuj sie. Ja tez lubie takie spedy ale jestem zbyt leniwa zeby sie udzielac :)
OdpowiedzUsuńAnia, dla nas to jedna z nielicznych atrakcji, bo na razie na wyjazdy nie ma czasu. Ale ja się odgrażam, że sobie kiedyś to odbiję :)
Usuńto musiał być świetnie spędzony czas!:)
OdpowiedzUsuńSuper, super!
Usuń