środa, 9 września 2015

co cię nie zabije, to cię wkrewi na maksa


Pamiętacie historię z tamtego roku, jak szukaliśmy mieszkania i na tydzień przed opuszczeniem starego nadal nie mieliśmy gdzie iść?
To powiem Wam, że my chyba mamy jakiegoś pecha. Ale od początku.



W tym roku miało juz być inaczej. Od kilku miesięcy patrzyliśmy na ogłoszenia w 2 miastach, nad którymi się zastanawialiśmy. Dwa tygodnie temu oboje z Pawłem dostaliśmy świetne prace, ale w dwóch innych miejscowościach; ja na północy, P. na południu, a środku tych dwóch miast mieszka mój Brat. I tak więc zostało, że postanowiliśmy się przeprowadzić, żeby chociaż dwie strony były zadowolone, bo całej trójcy na raz nie udało się uszczęśliwić.
Obdzwoniłam chyba ze 158 różnych osób z pytaniem o mieszkania/domy na wynajem. Już tu oczywiście były nerwy, bo część ogłoszeń była nieważna (SKASUJ WIĘC OGŁOSZENIE!!!). Znaleźliśmy jednak taką sobie małą klitkę bardzo blisko mojego Brata. Udało nam się nawet z mniejszym czynszem (biorąc pod uwage okolicę, to, na jaki okres czasu no i Jacka). Po obejrzeniu mieszkania miła pani powiedziała, że od teraz wszystko załatwimy przez Internety wraz z podpisaniem papierów o wynajem mieszkania. W sumie to nam dużo ułatwiło, bo mieszkamy na razie jakieś 200km od nowego miejsca.

Daliśmy w obu pracach odpowiednie wymówienia; to samo zrobiliśmy z naszym mieszkaniem. Wszystko szło, jak po maśle. W niecałe dwa dni udało mi się zgromadzić wszystkie dokumenty, o które prosiła miła pani. Pod koniec tygodnia czułam się tak, jakby to mi miał ktoś zapłacić $200 administration fee za tę pracę, a nie odwrotnie. Nie narzekając zbytnio, wydaliśmy kupę kasy na to, żeby się tam wprowadzić: podłączyć prąd, wykupić renter's insurance, $150 application fee, podłączyć wodę, $300 za Jacka plus za czynsz z góry za pierwszy miesiąc. Czułam, jak konto kwiczy przy każdej zapłacie :)

Wszystkie dokumenty miały być podpisane do 6 września i wtedy też mogliśmy się wprowadzać, ale ze względu na 200km i pracę tego dnia dogadaliśmy się, że oczywiście płacimy za czynsz od 6-ego, ale przyjedziemy dopiero 9-ego.
7-ego września było święto, więc byli zamknięci, ale w weekend wszystko sprawnie działało i nie miałam obawy przed jakimikolwiek problemami, bo miła pani zanim wyjechała na długi weekend w piątek o 13tej doniosła mi, że dziękuje za tak szybkie załatwienie wszystkich papierów. Pomyslałam sobie " my pleasure, lady!".

Teraz, pleasure in my ass. Well, not really :)

Gdy wróciłam we wtorek z pracy po północy zobaczyłam, że 8 września o godzinie 17:54 (6 minut przed zamknięciem biura wynajmu mieszkań), miła pani napisała mi mejla (nie zadzwoniła, tylko napisała mejla), że niestety jej drużyna nie była w stanie załadować na czas wszystkich dokumentów, które jej wysłaliśmy i "as you know our prices and availability change daily" i z tego względu musieli anulować kontrakt z 6-ego września i przenieść go na 9-ego i nasz czynsz wzrósł o $150. Pomyślicie sobie może, że to wcale nie tak dużo.
To jest dużo, jak na taką klitkę. Wiem, że nie warto porównywać mieszkań w różnych miastach, ale teraz płacimy ok. 3stówy mniej za bardzo podobne mieszkanie w lepszym miejscu (o tym napiszę, jak się stąd wyprowadzimy, bo należy się osobny wpis).

Dostałam furii. Trzęsły mi sie ręce i nie mogłam spać.

Na drugi dzień po rozmowie z Pawłem, moim Bratem i Czopem od Wsparć Wszelkiego Rodzaju zadzwoniłam do tej kobiety (zwanej wcześniej miłą panią). Powiem tak: ostatnio tak się wkrewiłam, gdy wracaliśmy po ślubie z Polski i celowo nie wpuścili nas na samolot we Frankfurcie, bo wcześniej weszła grupa nastolatków na nasze miejsce (nie pamiętam, czy o tym tu pisałam, ale nie chcę się dodatkowo denerwować. Nie te lata już :)

Dowiedziałam się, że nie da się nic zrobić, że oni mają takie procedury, że dokument od naszych przyszłych pracodawców nie był na odpowiednim papierze (!!!!!), cena jest, jaka jest i jeśli chcemy sie wycofać, to mogą nam oddać za czynsz, ale te kilka stów zatrzymają.

Takie to nieamerykańskie było, bo tu, za przeproszeniem, każdy włazi sobie w dupę, a zwłaszcza, jeśli chodzi o kastomer serwis. 

Pracując tyle lat w restauracji zdaję sobie sprawę z tego, że ani kelner, ani taki agent, jak ta pani, ani zwykły człowiek z biura nie może zrobić nic bez przełożonego, który ma magiczny kluczyk/bursztynowy proszek/srebrną pałeczkę i jak tylko lekko pierdnie, to wszelkie problemy znikają. Czekałam więc za interwencję kogoś z góry.

Miła pani Babka dała mi znać dopiero po kilku godzinach, podczas których ze stresu bolał mnie brzuch i zbierało mnie na wymioty. Takie uczucie jest bezcenne; czujesz, że żyjesz.
Dzięki wspaniałomyślnej menadżerce udało się w jakiś cudowny sposób wynająć nam mieszkanie po starej cenie.

Ale zaraz, jak to? To tak można? Przecież pani mówiła, że nie, bo to wszystko zmienia się z dnia na dzień, i pani nic nie może zrobić, i ja wiem, że pani jest sorry i pani apologize i w ogóle kwiatuszki, motylki i ajlowjusomacz.

No w mordę jeża, niech to będzie ostatnie mieszkanie, jakie wynajmujemy. Wolę mieć maleńką chałupkę na zadupiu, ale na własność, niż wynajmowane mieszkanie.
Na dzień dzisiejszy nadal się przeprowadzamy :)

***********************************************
- Widzisz, lepiej czasem być cold bitch. 
- Ja wiem, ale ja tak nie lubięęęęęę. Poniesło mnie.

2 komentarze:

  1. życie.. beznadzieja ile niepotrzebnie straconych nerwów, ale mam nadzieję, że to już koniec stresów:*

    OdpowiedzUsuń