poniedziałek, 18 listopada 2013
jedzenie na mieściu
Na początku muszę zaznaczyć, że moja Mamaszka jest bardzo wrażliwą osobą na obrzydliwe rzeczy. Jeśli np. jemy, a mój Tato zaczyna opowiadać o robakach, wymiocinach, kupie ....... Zaraz, zaraz, to nie tak, że przy jedzeniu o tym rozmawiamy! Mój Tato ma po prostu specyficzane poczucie humoru i lubi czasem wkurzać Swoją Żonę :)
Gdy więc mój Tato zaczyna opowiadać obrzydliwości, Mama od razu zakrywa dłonią usta i biegnie do ubikacji. Czasem od razu tylko wychodzi z pokoju, ale wszystko Jej się wraca. Nie jest fanką takich rzeczy :) Ja też nie, ale mi to zbytnio nie przeszkadza. Mamaszka potrafi sobie nawet przypomnieć coś obrzydliwego i traci apetyt. Taki z Niej gagatek!
Po tym wstępie przechodzę do właściwej historyjki.
Mama moja co jakiś czas jeździ do Opery Lwowskiej. Zwykle są to wyjazdy autobusowe z grupą mniej lub bardziej znajomych ludzi. Zawsze biorą kanapki, picie itd., żeby nie tracić czasu na postoje. Na miejscu jest czas wolny, gdzie można pochodzić po Lwowie, pójść coś zjeść, a wieczorem wszyscy idą do opery. W sobotę była "Halka". Mamaszka zaopatrzona w kanapki została jednak namówiona na pójście do restauracji - lubi próbować nowych rzeczy, więc było Jej to na rękę. Już wiecie, co będzie dalej?
Nie wiem, co to było za miejsce, ale kelnerem okazał się młody chłopak płynnie mówiący po polsku. Wszystkie panie zamówiły obiad, jakieś placki itd., a dodatkowo moja Mama namówiła je na talerz barszczu ukraińskiego, żeby zobaczyć, czy ten, co robią w Polsce jest podobny.
Kelner przyniósł wszystkim po talerzu cudnie pachnącego barszczu. Jak powiedział - jest on specjałem. Po 2-3 łyżkach zupy moja Mama wyłowiła coś z talerza: miało to ok. 1.5cm długości, było czarne, miało liczne odnóża i wąsy (!!!). Natychmiast wstała od stołu nie robiąc szumu - i tu muszę przerwać i pogratulować mojej Mamie, że od razu nie puściła pawia na stół :) - i z robalem poszła do owego kelnera:
Mama: Proszę pana, proszę mi powiedzieć, co to jest (mogę się założyć, że w tej chwili wszystko podeszło Jej do gardła - DOSŁOWNIE)
Kelner nie powiedział nic, tylko złapał robala i pobiegł do kuchni. W tym momencie moja Mama, jak oszalała zaczęła biec w stronę drzwi wyjściowych i najnormalniej w świecie zwymiotowała zaraz za nimi!
Po chwili pojawił się kelner i niemal na kolanach zaczął przepraszać moją Mamę. Prosił też, żeby nic nikomu nie mówiła, że oni niedawno mieli remont i w ogóle, jak pokazał w kuchni tego robala, to wszyscy byli zszokowani (ej, serio?:)).
Kelner: Jejku, pani teraz nie zje naszych placuszków, a one takie dobre!
Mama: kolejny zwrot barszczyku
Od soboty moja Kochana Mama je tylko galaretkę, którą sama zrobiła. Bidulka moja!!
Przy wychodzeniu z restauracji, jedna ze znajomych zapytała moją Mamę:
Kobita: Co ty znalazłaś w tej zupie?
Mama: Chyba wolałabyś nie wiedzieć.
Kobita: Wiesz co? Masz rację. Wszystko było tak pyszne, że nie psujmy tego.
⌛
21:21
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
po czymś takim chyba do końca życia nie zjadłabym nic w żadnej restauracji...
OdpowiedzUsuńMi też ciężko byłoby się przekonać. Lubię też knajpki, gdzie widać, jak kucharze gotują i że używają rękawiczek, a nie jeden podrapie się po spoconej głowie i chwilę potem zrobi mi kanapkę:)
UsuńHehe uwielbiam takie historie, a Ty masz talent do opowiadania :) Uklon w strone Mamaszki za znakomita role glowna.
OdpowiedzUsuńAnia, padłabyś ze śmiechu, jakbyś słyszała, jak to moja Mama opowiadała. Ma już wprawę w naśladowaniu zwracania jedzenia, więc to było mistrzostwo:)
UsuńPrzekażę ukłony; Mamasza na pewno się ucieszy:))))
Niech czasem sie nie klania za uklony bo jeszcze co zwroci :)
Usuń